EGIPT,  PODRÓŻE

Hurghada. Witamy w Egipcie

Dziś przed nami Hurghada. Witamy w Egipcie. Wycieczka objazdowa „Bogowie i Faraonowie” rozpoczyna się i kończy właśnie tam. Hurghadę założyli na początku XX wieku brytyjscy osadnicy, którzy poszukiwali ropy naftowej, a do lat 80-tych XX wieku była miasteczkiem rybackim. Wtedy to nastąpił rozwój kurortu pod kątem turystyki. Wzdłuż wybrzeża Morza Czerwonego zaczęto budować kolejne hotele, aby zagwarantować wypoczynek coraz większej liczbie gości. Dzisiejsza Hurghada to rozciągająca się na ponad 40 kilometrów zabudowana część wybrzeża.

Hurghada. Lądujemy.

Hurghada lądujemy!

Dolatując do Hurghady z okien samolotu, z jednej strony widać brzeg Morza Czerwonego, z drugiej wysokie góry. Podczas podejścia do lądowania przeszliśmy silne turbulencje i gdyby to był nasz pierwszy lot w życiu, zastanawialibyśmy się, czy wracać do domu samolotem. 🙂 Na lotnisku dobrze mieć długopis, bo wypełnia się druczek na wizę i kartę lokalizacyjną do hotelu. Następnie autokarami rozwożą nas, z zależności jaką opcję hotelu wykupiliśmy.

Hurghada. Nasz hotel.

Nasz hotel mieścił się kilka kilometrów na południe od lotniska. Zabudowa standardowa. Plaża, basen hotelowy, a dookoła budynki z pokojami. Niestety w lutym woda była zbyt zimna na kąpiel, jednak słońce operowało na tyle mocno, że można było się poopalać.

Hurghada. Główna ulica, przy której buduje się kolejne hotele.

Hotele wybudowano na pustyni pośrodku „niczego” wzdłuż jednej głównej ulicy dojazdowej. Są one zadbane, odcinki plaży należące do hoteli są regularnie sprzątane, a zieleń nawadniana i opryskiwana przeciwko insektom. Hotele często są ze sobą połączone w większe kompleksy. Pierwszego dnia dla lepszej aklimatyzacji poszedłem pobiegać po plaży i dobiegłem do końca obiektów hotelowych. Była tam furtka i budka dla stróża, który nie wpuszcza nikogo z zewnątrz. Zameldowałem stróżowi, że idę dalej biegać na dziką, niezagospodarowaną plażę i za kilkanaście minut będę wracał. Pomachał mi ze zrozumieniem. 🙂

Niestety na dzikiej plaży wystają z piasku ostre kamienie i trudno się po niej biegło. Poza tym pełna jest śmieci pozostawionych po budowie hoteli – gruzu, wiader po farbie, folii. Niemiły widok i chyba spore zagrożenie dla znajdującej się kilkadziesiąt metrów dalej rafy koralowej. Spotkałem też porzucone łodzie rybackie pełne desek najeżonych gwoździami i wałęsające się psy. No, ale cóż – tam po prostu tak jest. Trzeba wracać do hotelu, zjeść kolację i wyspać się, bo jutro rano o 4.00 wyjeżdżamy do Karnaku i Luksoru.

W drogę!

Wieczorem w hotelowym hallu skorzystaliśmy z bankomatu i wypłaciliśmy 1000 funtów egipskich, czyli około 230 złotych. Oficjalny kurs funta egipskiego do dolara to około 16/1, ale w praktyce jest to 20/1. Pamiętaj też o nowych dolarach, gdyż tylko takie są akceptowane w Egipcie. Pisałem o tym w poradach praktycznych przy wyjeździe do Egiptu.

Wyjazd w drogę do Karnaku i Luksoru był jeszcze w nocy, ponieważ chodziło o czas. Tego dnia dużo się zwiedza, a wieczorem zostajemy zaokrętowani na statek do Assuanu.

Świt w drodze do Karnaku

Przejeżdżaliśmy przez wysokie góry, które było widać wcześniej z okien samolotu. Nocą mijaliśmy liczne posterunki policyjne, na którym autokar musiał się zatrzymać. Pamiętaj! Nie wolno ich fotografować!

Bar w górach w drodze do Karnaku.

O świcie zatrzymaliśmy się na kawę i do toalety w przydrożnym barze w górach. Poszedłem najpierw do toalety, a w tym czasie utworzyła się długa kolejka po kawę. Czas naglił, a ja zorientowałem się, że nie zdążę tej kawy wypić. Obok bufetu były drzwi na zaplecze, zasłonięte tylko kurtyną z kolorowych plastikowych pasków. Wszedłem tam odważnie. W pomieszczeniu panował półmrok, przy stolikach siedzieli egipscy kierowcy i jedli śniadanie, popijając kawą. Znajdowało się tam okienko do wydawania posiłków, w którego barman podawał zaparzoną kawę po turecku w małych dzbanuszkach. Obok stała duża miska obranych na twardo jajek, które każdy nakładał sobie na talerz gołymi rękami. Wprawiłem tych ludzi w niemałe osłupienie, gdyż nie spodziewali się tam turysty!

Twoja kawa, my friend!

Natychmiast podszedł do mnie jakiś dżentelmen, w wieku około 55 lat, w eleganckim lśniącym garniturze i z szerokim uśmiechem zapytał po angielsku „czego tu szukasz my friend?”. To powiedzenie „my friend” słychać wszędzie w Egipcie i równie często jak „one dollar”. Był to szef baru. Odpowiedziałem mu grzecznie „zobacz, my friend, poszedłem do toalety, a tu zrobiła się taka kolejka po kawę. Chciałbym napić się porannej kawy, ale nie zdążę! Czy mógłbym dostać tutaj? Widzę, że w tym okienku parzą ją wyśmienicie!”

Reakcja była natychmiastowa, nie dosyć, że ja dostałem kawę z okienka na zapleczu, to jeszcze kierowcy przy stolikach zaczęli się do mnie uśmiechać i machać na powitanie! Szef poszedł do oficjalnej kolejki, zorientował się ilu ludzi nie zdąży wypić kawy i jeszcze kilku osobom przynieśli ją z zaplecza. 🙂 Zapłaciliśmy za kawę 15 funtów, czyli niecałego dolara. Podziękowałem mu i powiedziałem, że jest prawdziwy „my friend”, a koleś jeszcze wybiegł na parking i machał nam jak odjeżdżaliśmy. Fajne uczucie pierwszego dnia o poranku spotkać życzliwych ludzi! A co byłoby, gdybym nie wszedł na zaplecze? Pewnie nic by nie było, ale nie wypiłbym kawy. Podróże nauczyły mnie, że ludzi nie należy się bać! 🙂 Rano dojechaliśmy do Karnaku, ale o tym będzie już w następnym wpisie. Zapraszam!

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *