PODRÓŻE,  POLSKA

Pielgrzymka rowerowa do Częstochowy.

Cześć. 🙂 Pielgrzymka rowerowa do Częstochowy okazała się w czasie pandemii znakomitą alternatywą dla pielgrzymki pieszej, na które od kilku lat chodziłem.

Dzisiaj zapraszam Cię na bardzo osobisty wpis. Będzie o rowerach i o pielgrzymowaniu.

Moje rowery.

Właściwie na rowerze lubiłem jeździć od dziecka. W 1976 roku, gdy miałem 6 lat dostałem pierwszy rower – nazywał się „Agatka” i kosztował prawie ówczesną pensję. Potem mając około 10 lat przesiadłem się na większy rower mojej Mamy – „Traper Junior”. Bywało, że w wieku kilkunastu lat robiliśmy z kolegami po lekcjach trasy wokół Kutna, z których niektóre miały 40-45 kilometrów. Dziś resztki tych rowerów pozostały w domu moich rodziców. Od 1998 roku jestem użytkownikiem roweru „Kross Grand Voyager”, na którym od kilku lat jeżdżę do pracy niezależnie od pogody. Codziennie przejeżdżam 12 kilometrów.

Pielgrzymka rowerowa do Częstochowy. Nasz cel – Jasna Góra.

Na pielgrzymkę rowerową do Częstochowy na Jasną Górę umawiałem się z moim Szwagrem od kilkunastu lat, ale zawsze coś stawało nam na drodze. Przede wszystkim mój rower, który sypie się po 22 latach użytkowania. Może też i to, że od kilku lat staram się pójść w pielgrzymce pieszej, więc na rower nie ma już czasu. Pielgrzymka jest dla mnie „duchowym SPA”, jak trafnie nazywa ją Biskup Pielgrzym Józef Szamocki z Torunia. Co roku jest za co dziękować i o co prosić Matkę Bożą. To czas zadumy i wielka lekcja pokory. Nigdy nie wiesz, czy na noclegu będzie ciepła woda do umycia i gdzie w ogóle będzie ten nocleg. Chociaż te kwestie z roku na rok coraz bardziej się cywilizują – pewnie też w związku z wymogami unijnymi.

MÓJ NOWY ROWER – Romet Track 1 M.

W tym roku jednak wszystkie okoliczności były ku temu sprzyjające, aby w końcu jechać rowerem. Po pierwsze – koronawirus, który spowodował, że pielgrzymki piesze szły w innej formule – każda grupa jeden dzień. Po drugie – w związku z obchodzoną w lipcu 50 rocznicą moich urodzin kupiłem nowy rower – „Romet Track 1 M”. Tak więc zapadła decyzja – jedziemy! 🙂

Decyzja zapadła! Jedziemy!

Pojechaliśmy w czwartek 20 sierpnia po pracy – około 16.00. Na Jasnej Górze byliśmy w sobotę 22 sierpnia rano – akurat w święto Matki Bożej Królowej. Tego samego dnia około 16.00 wrócliliśmy pociągiem z powrotem w domu. Całość zajęła nam więc 48 godzin.

Zapytasz pewnie jak długo trenowałem? Około trzech tygodni, czyli od dnia kupna roweru jeżdżąc 4-5 razy w tygodniu od 15 do 30 kilometrów. Zależało to od pogody, mojego nastroju, kierunku wiatru itp. Ale tych tras około 25-30 kilometrów było chyba sześć, czy siedem. To wystarczyło.

Aleksandrów Łódzki. Parafia pw. Św. Archaniołów Michała i Rafała.

W czwartek 20 sierpnia przejechaliśmy 58 kilometrów do Aleksandrowa Łódzkiego, gdzie nocowaliśmy przy parafii pw. Świętych Archaniołów Michała i Rafała. W piątek 21 sierpnia – około 96 kilometrów z noclegiem w Starej Brzeźnicy na granicy województwa łódzkiego i śląskiego.

Chabielice – taśmociąg do transportu węgla brunatnego.

Było ciężko, bo był tego dnia potworny upał. Termometry w Szczercowie pokazywały około 13.00 plus 36 stopni Celsjusza. Szczególnie dał nam się we znaki odcinek w okolicy odkrywki węgla brunatnego Chabielice, gdzie kilkanaście kilometrów jedzie się w odkrytym terenie, w pełnym słońcu.

Poranek w Starej Brzeźnicy.

W sobotę 22 sierpnia o 6.00 rano wyruszyliśmy na pozostałe 31 kilometrów, aby o 9.00 dotrzeć do Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej na Jasnej Górze. Łącznie wyszło 185 kilometrów, co dało około 13,5 godziny samej jazdy.

Jasna Góra. Kaplica Matki Bożej Częstochowskiej.

Pokłoniliśmy się Matce Bożej, zawieźliśmy intencje z wiarą w ich wysłuchanie, ale nie byliśmy w kaplicy długo ze względu na koronawirusa.

Dziękuję wszystkim ludziom dobrej woli, którzy po drodze nas karmili i nocowali, a także wszystkim, którzy się za nas modlili. Wasze intencje również zawieźliśmy. 🙂

Wolność!

Co mi dała ta pielgrzymka? Zastanawiałem się już po powrocie. Ale dziś już wiem! To jest WOLNOŚĆ! :). Pielgrzymka rowerowa do Częstochowy pokazała mi, że można! Pokonałem kolejną barierę lęku, czy niemocy i dziś wiem, że się da! Jestem dotleniony i opalony, choć nie ukrywam, że tyłek bolał przez kilka dni. Dziś wiem, że na rowerze można dojechać wszędzie, jeśli się dysponuje odpowiednią ilością czasu – niezależnie od rozkładów jazdy, cen biletów, cen paliwa itp. Zachęcam Cię. Może zaczniesz od zwiedzenia najbliższej okolicy? A może już jeździsz i zwiedzasz? To bardzo dobrze! 🙂 A może kiedyś zdecydujesz się na pielgrzymkę pieszą lub rowerową? 🙂 Już dziś zapraszam Cię do kolejnego wpisu na moim blogu. Pozdrawiam. Paweł.

6 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *