MAROKO,  PODRÓŻE

W drodze do Fezu – burzymy kolejne stereotypy!

Cześć. 🙂 Dziś w drodze do Fezu spędzimy cały dzień w autokarze, więc sama podróż wystarczy na oddzielny wpis. Po drodze odwiedzimy jeszcze miasto Ifrane, zimową stolicą Maroka, o którym napiszę dalej. Mijamy małe miasteczka, a także plantacje oliwek.

Maroko. Plantacje oliwek.

Patrząc na plantacje oliwek, został zburzony nasz kolejny stereotyp, że w Afryce nie ma wody. Nic bardziej mylnego! W Maroku istnieje kilkanaście zbiorników retencyjnych, które zbierają wodę z topniejącego śniegu na czterotysięcznikach gór Atlas.

Maroko. Zbiornik retencyjny

Woda ze zbiorników rozprowadzana jest betonowymi rynnami, które docierają bezpośrednio na plantacje. Widzieliśmy też tradycyjne rolnictwo, gdzie miejscowy „farmer” ścina zboże sierpem, wiąże w maleńkie snopki i ładuje na osiołka.

Czas na tadżin.

W drodze do Fezu zatrzymujemy się na obiad w małym miasteczku. Nie znamy nazwy, bo napisy były tylko po arabsku, a i „chłopiec” z Google Maps dotychczas tam nie dotarł. 🙂 Jednak jedno jest pewne – zatrzymują się tam Polacy, bo z pobliskiego baru słyszymy zapraszające okrzyki: „krowa, baran, koza!”. Muzułmanie nie jedzą wieprzowiny, dlatego nie masz co liczyć, że zaproszą Cię na „świnię”. Rzeczywiście w przydrożnym „barze” na 40 stopniowym upale wiszą półtusze jakichś zwierząt.

Maroko. Tu podają pyszny tadżin.

Podają tu tadżin. To nazwa zarówno glinianego naczynia ze stożkowatą pokrywą, w której powolutku na węglach piecze się mięso z warzywami, jak i samej potrawy. Mięso jest obłożone bakłażanem, dynią i innymi warzywami oraz mocno doprawione kuminem.

Maroko. Tadżin.

Będąc w Maroku spróbuj koniecznie! To jest ich narodowy specjał, jedzony na co dzień. Sama potrawa jest bardzo syta i raczej ciężkostrawna – wystarczy jak jedną porcję weźmie się na dwie osoby. My zamówiliśmy „krowę”, ale dostaliśmy mięso, które bardziej smakiem i zapachem przypominało jednak „barana”. I znów jedzonko bez SANEPID-u, certyfikatów i ograniczeń, przygotowywane gołymi rękami „kucharzy”. Po prostu poezja smaku! Tadżin serwowany jest z wielką wypiekaną na miejscu bułą i oczywiście marokańską herbatą.

Marokańska herbata.

Jest to mocna zielona herbata zaparzana w metalowych dzbankach, do której wrzuca się wygniecioną kiść świeżej mięty i dużą bryłę cukru trzcinowego. Słodka, orzeźwiająca i dobra na trawienie. Za całość zapłaciliśmy około 38 złotych, ale naprawdę warto, bo była to wspaniała kulinarna uczta w drodze do Fezu.

Po drugiej stronie ulicy dostrzegliśmy ciekawy, wzruszający obrazek. Na maleńkim straganiku lokalna starowinka sprzedawała w małych miseczkach zupę z ciecierzycy – harirę .

Maroko. Sprzedawczyni zupy.

Jedziemy dalej. Po drodze zatrzymujemy się na stacji benzynowej, na której w jednym z pomieszczeń stacji znajduje się sala modlitwy.

Maroko. Sala modlitwy na stacji benzynowej.

Tutaj porada praktyczna – nie należy fotografować modlących się Marokańczyków.

W drodze do Ifrane.

Miasto Ifrane znajduje się w górach Atlas na wysokości ponad 1600 metrów n.p.m. Droga staje się coraz węższa, jest na niej coraz więcej zakrętów, podjazdów i ostrych zjazdów. Ciekawostką jest fakt, że w Maroku nie ma obowiązku jazdy w pasach bezpieczeństwa, ale tu, jadąc do Ifrane na początku każdego „zjazdu” jest tablica zalecająca ich zapięcie. Kierowca naszego autokaru – lokalny „mistrz kierownicy” wyraźnie męczył się podjeżdżając pod górę, za to gdy zaczynał się zjazd na Jego twarzy pojawiał się szeroki uśmiech i autokar „płynął” po zakrętach jak zaprogramowany.

Kiedy z dość dużą prędkością minęliśmy się z ciężarówką – no tak na 15 centymetrów, nasza pilotka zapytała Go po francusku: „Czy nie sądzisz, że ta droga jest za wąska? Ledwie minęliśmy się z tą ciężarówką!” Odpowiedział z szerokim uśmiechem nie zdejmując nogi z gazu: „Przecież się minęliśmy, więc po co szersza?”. Co za fantastyczne podejście! Pełne jakiegoś wewnętrznego zaufania! Ujął nas tą odpowiedzią i poczuliśmy się naprawdę bezpiecznie.

Ifrane. Zimowa stolica Maroka.

W końcu dotarliśmy do Ifrane – zimowej stolicy Maroka. Ifran w języku berberyjskim oznacza jaskinię. Tu został zburzony nasz kolejny stereotyp, że w Afryce nie ma śniegu. W Ifrane Król Maroka Muhammad VI ma swoją zimową rezydencję, w której corocznie jeździ na nartach. Zdarza się, że droga do miasta jest nieprzejezdna ze względu na śnieżne zaspy.

Maroko. Ifrane. Ośrodek narciarski Króla Maroka.

Widać to też w architekturze Ifrane – domy ze spadzistymi dachami jak na Podhalu i kominy, świadczące o paleniu zimą w piecach.

Ifrane – zimowa stolica Maroka.

Naprawdę ładne, zadbane miasteczko, w którym dostrzec można swojski widok – bocianie gniazda. Jednak są to miejscowe bociany, które nie odlatują na lato do Polski, a które można spotkać w wielu miejscach Maroka.

Wieczorem docieramy do Fezu, gdzie z kolei znajduje się letnia rezydencja króla z pięknym pałacem. Wjeżdżając do miasta witają nas flagi państwowe, które mogą sugerować, że król znajduje się w mieście.

Wjazd do Fezu.

Udajemy się na odpoczynek. Aha – jeszcze tylko wieczorem musieliśmy uporać się z mrówkami faraonkami w naszym pokoju. No cóż – Afryka. Jednak żelowy cukierek zrobił swoje – położony na balkonie zwabił wszystkie mrówki, które jak na rozkaz pomaszerowały i oblepiły go. Nie przypuszczaliśmy jeszcze, że to co zobaczymy jutro przekroczy nasze najśmielsze oczekiwania. Prawdziwa mozaika piękna i smrodu. Tak właśnie zatytułuję kolejny wpis. Czegoś takiego nigdy nie widzieliśmy i nie czuliśmy. Już dziś zapraszam Cię na medynę do Fezu. 🙂 Pozdrawiam Paweł.

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *