MAROKO,  PODRÓŻE

Fez – mozaika piękna i smrodu.

Cześć. 🙂 Jak mówi tytuł Fez to mozaika piękna i smrodu, ale zaczynamy od piękna!

Piękno.

W Fezie znajduje się bogaty pałac królewski, który jest letnią rezydencją Króla Maroka Muhammada VI. Nie jest udostępniany dla turystów, ale i z zewnątrz robi oszałamiające wrażenie.

Fez słynie też z przepięknych, ręcznie wykuwanych mozaik oraz tradycyjnie wyrabianych, wypalanych w piecach i malowanych glinianych naczyń. Zwiedzając miasto z biurem podróży odwiedzamy jedną z fabryk, w której od stuleci wyrabiane są te wszystkie cudeńka.

Medyna w Fezie.

Jednak tuż obok pałacu zaczyna się słynna fezka medyna! Plątanina 9 tysięcy uliczek, niektórych tak wąskich, że dwie osoby muszą mijać się bokiem. A po obydwu stronach uliczki – drzwi wejściowe do mieszkań.

Cała fezka medyna otoczona jest średniowiecznym murem z charakterystycznymi bramami, z których najpiękniejsza jest Bab Bu Dżelud. Brama wraz z pałacem królewskim jest często ozdobą marokańskich widokówek.

Szacuje się, że w feskiej medynie mieszka na stałe ponad 70 tysięcy ludzi, ale każdego dnia odwiedza ją ponad 250 tysięcy po prostu na zakupy. Można tu kupić dosłownie wszystko. Na tym stoisku na przykład metalowe talerze, tace, garnki i lampy.

A na tym suknie ślubne.

Fez to dziś największe średniowieczne miasto na świecie, a medyna założona w VIII wieku przetrwała nienaruszona ponad 1200 lat. Mimo, że miasto ma ponad milion mieszkańców to jednak turystów przyciąga właśnie ta „starówka”. Ze wzgórza cytadeli naprawdę wygląda imponująco!

Medynę zwiedza się z przewodnikiem, nie brakuje jednak relacji blogerów – śmiałków, którzy zapuszczają się tam samotnie. W plątaninie uliczek wyznaczone są szlaki turystyczne ponieważ biegną one we wszystkich kierunkach bez ładu i składu, a wiele z nich nie ma wylotu.

Jeśli jednak się zgubisz, to za drobną opłatą miejscowi wyprowadzą Cię na zewnątrz. 🙂

W plątaninie uliczek znajdują się dwa najważniejsze zabytki Fezu. Pierwszy z nich to najstarszy na świecie uniwersytet Al-Karawijjin, w którym już w X wieku nauczano medycyny, filozofii i matematyki. Drugi to Meczet Andaluzyjski. Żaden z tych zabytków nie jest niestety udostępniany turystom, ponieważ wstęp do nich mają tylko muzułmanie. Jednak do mnie uśmiechnęło się szczęście i przez otwarte drzwi udało mi się zrobić zdjęcie wnętrza meczetu.

Uszanuj prywatność.

Tu uwaga praktyczna na temat fotografowania. Co prawda cała medyna to jeden wielki bazar, jednak jest to również miejsce życia jej mieszkańców. Jest wiele sklepików, w których stoi łóżko czy telewizor, bo sprzedawcy to jednocześnie mieszkańcy tego miejsca – żyją tu z pokolenia na pokolenie, a ich domy znajdują się zapewne na górze nad sklepikiem. Dlatego niechętnie patrzą na fotografujących ich turystów. Woleliby raczej im coś sprzedać, do czego zresztą dosyć nachalnie namawiają. Czy gdyby przez Twoje mieszkanie przechodzili turyści i fotografowali je to czułbyś się dobrze? Dlatego jeśli zrobisz zdjęcie, a właściciel sklepiku to zauważy to dosyć zdecydowanie wyciągnie rękę po drobną zapłatę. Na wielu stoiskach widnieją znaki zakazu fotografowania, które należy uszanować.

Szkoła.

Po drodze zwiedzamy jeszcze charakterystyczną szkołę zwaną medresą. Jest to czworoboczny budynek z dziedzińcem pośrodku, na którym odbywały się zajęcia. Uczniowie zaś mieszkali w małych celach po bokach. Na zewnątrz budynku nie było okien, aby nie wpadało do niego słońce i nie nagrzewało go.

Idąc uliczkami z przewodnikiem dochodzimy do kolejnego charakterystycznego punktu, którym jest fontanna Nejjarine. Pamiętam ją z pocztówki od Wujka! Tu ciekawostka – medyna w Fezie jest zasilana w wodę przez takie właśnie uliczne studnie.

Widzisz tę kobietę z dziećmi? Przyszli napić się wody. Zaczerpną ją do metalowego kubka, który stoi na studni, napiją się i odstawią kubek dla następnej osoby. W kilku miejscach widzieliśmy też plastikowe beczki z kubkiem. Przypominam – jest 40 stopni na plusie, zaduch i kurz między uliczkami, a towary wożone osiołkami, które też pewnie co nieco robią pod siebie.

Gotowi na smród?

Tu wracam do tytułu wpisu. Gotowi na smród? Nic teraz nie jedzcie, ani nie pijcie! 🙂

Idąc za osiołkami docieramy do garbarni skór Chouarasa. Od czasów średniowiecza niemal nic się tu nie zmieniło. Czuć ją już kilka „przecznic” wcześniej. Wchodzimy na widokowy taras dostając po drodze zwitek świeżej mięty do żucia i wąchania. Panuje tu przeokropny, wszechobecny smród moczu! Nie da się tego opisać. Na wstępnym etapie obróbki skóry są moczone w moczu!

Jak myślisz – skąd biorą ten mocz? Przypominam – jest lipiec i skwar leje się z nieba! Niektóre receptury garbowania skór podają też jako dodatek gołębie odchody. Receptury są strzeżone i przekazywane z ojca na syna, a sama praca w tej garbarni uchodzi za elitarną – nikt spoza „rodów” garbarzy nie dostanie się tam. Pracuje się na gołe nogi i ręce!

Następnie skóry są wybielane w tych „białych” kadziach oraz farbowane na różne kolory. Niestety podobno do wybielania skór stosuje się dziś coraz więcej chemii i pracownicy chorują.

Od razu na miejscu można kupić ich wyroby – swoją drogą piękne, ale gdy pomyślę, w czym moja torebka się moczyła! No nie wiem – kwestia wyboru.

Wolimy jednak stoiska pachnące przyprawami, ale garbarnię skór trzeba zobaczyć i poczuć – raz w życiu, ale trzeba!

Uff.

Wychodzimy ze starówki – tysiące obrazów, zapachów i dźwięków kłębią się w naszych głowach. Runął nasz kolejny stereotyp – że do życia potrzebny jest komfort. Ci ludzie tam są naprawdę szczęśliwi! Z jednej strony wydaje się nam, że nie mają nic, ale z drugiej strony mają wszystko na wyciągnięcie ręki. Na kilku sąsiednich uliczkach kupią wszystko, co potrzebne do życia, dlatego mają inny wymiar szczęścia. 🙂

Mam nadzieję, że Ci się podobało. Już dziś zapraszam Cię do kolejnego wpisu. Odwiedzimy Volubilis i Meknes. Pozdrawiam Paweł.

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *